Ciągnie mnie w górę. Oczami świadków (III)

Nigdy nikogo nie potępiał, choć złe czyny nazywał po imieniu. Zachwycał się niepozornym kwiatkiem w ogrodzie, a zza firanki dyskretnie liczył ludzi, którzy przyszli na Mszę św.

Urszula Grzelak przez 12 lat mogła z bliska obserwować kard. Wyszyńskiego w czasie jego pobytów w Choszczówce, którą prymas nazywał małą Jasną Górą. Choszczówka byłą dla niego miejscem wypoczynku, ale także modlitwy, rozmyślań, pracy oraz spotkań z ludźmi.


- Wypoczynkiem dla Księdza Prymasa były spacery po naszym ogrodzie i lesie. Chodził z różańcem w ręku. Czas ten umiał wykorzystać. Wiele wtedy rozmyślał i modlił się. Ojciec potrafił zastosować to, co rozważał, w swoim życiu. Mówił nieraz, że podczas spaceru rodzą się w jego sercu listy pasterskie, memoriały do rządu, kazania, spotkania z ludźmi. Choszczówka była dla niego inspiracją - opowiada p. Urszula.

Obcując z tamtejszą przyrodą, kard. Wyszyński potrafił znaleźć analogię do miłości Stwórcy do człowieka.

- Ojciec podkreślał, że Bóg kocha każdego człowieka tak samo, niezależnie od tego, kim jesteśmy. Jak bardzo kocha rosnące w Choszczówce kwiaty, a co dopiero człowieka. Pochylając się nad kwiatkiem, kard. Wyszyński mówił rozważanie o Bożej mądrości i pięknie. Rozmyślanie to można nazwać jego osobistą mistyką. Ojciec, gdy chodził, nie tracił nigdy czasu. Mówił, że to oderwanie od biurka dawało mu więcej inspiracji niż siedzenie i pisanie - wspomina p. Urszula.

Kard. Wyszyński był osobą pełną dowcipu, humoru i pogody ducha. - Ojciec często opowiadał anegdoty, świetnie mówił po góralsku. Podczas posiłków przy stole nie wolno było opowiadać niczego smutnego ani mówić źle o drugim człowieku. Nawet jeśli wspomniało się o ludziach, którzy wyrządzili prymasowi przykrości i krzywdy, to on zawsze ich bronił - podkreśla p. Urszula i dodaje, że prymas nigdy nie potępiał żadnego człowieka, bo widział w nim dobro. Uważał, że to jest dziecko Boże i że ma szansę się nawrócić. Natomiast widział i potępiał złe czyny, umiał je nazwać po imieniu i ich nie tolerował. Potrafił to również głośno piętnować na ambonie.

Członkiniom instytutu z wielkim taktem przypominał, że szacunek do drugiego człowieka wyraża się nie tylko w słowie, ale również w ubiorze. - Ojciec był wrażliwy, żebyśmy były zawsze elegancko ubrane, bo apostoł musi mieć miłość do drugiego człowieka, a swoim wyglądem okazuje mu szacunek. Dyskretnie potrafił powiedzieć: Bardzo ci ładnie w tej sukience. Umiał podkreślić, że człowiek jest stworzony na obraz i podobieństwo Boga, a Bóg jest pięknem i jest to przeniesienie Bożego piękna na człowieka. Nie dla samego siebie, ale dla Boga i drugiego człowieka - wspomina p. Urszula.

Wielką radość sprawiali kard. Wyszyńskiemu wierni, którzy przychodzili na Msze św. i modlitwy do kaplicy w Choszczówce. Stawał nieraz za firanką w swoim pokoju i dyskretnie liczył ludzi. - Ojciec cieszy się z każdego człowieka. Mówił, że będziemy przed Bogiem odpowiedzialni za to, czy wszystko uczyniliśmy, żeby ci ludzie korzystali ze Mszy św. i sakramentów.

Pani Urszula podkreśla, że także dzisiaj doświadcza obecności kard. Wyszyńskiego. - Wiem, że kiedy trzeba ciągnie mnie w górę za różaniec, który tak bardzo kochał. Ojciec nadal jest obecny w Choszczówce, czuję jego opiekę.

Na beatyfikację prymasa p. Urszula ciężko zachorowała i nie mogła uczestniczyć w uroczystości. Doznała wtedy szczególnej łaski.

- Jestem przekonana, że Ojciec mi pomógł, bo dzisiaj nie mam komórek nowotworowych, a nie miałam chemii, tylko naświetlanie przed operacją. Dziękuję Bogu za to doświadczenie, bo wiem, że Ojcu jest potrzebna nasza modlitwa i cierpienie po to, aby mógł wstawiać się za nami u Boga.

Źródło: Ł. Krzysztofka, Ciągnie mnie górę. Oczami świadków (III), w Niedziala, nr 21/24.05.2026, s. V.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz