Ks. prałat M. Słowikowski - kapłan diecezji lubelskiej.

Posługa kapłańska na Lubelszczyźnie

W życiorysach ks. Stefana Wyszyńskiego okres jego pobytu na Lubelszczyźnie w latach 1940-1942 jest notowany najbardziej ogólnie.
Należy ich świadectwa zbierać i przechowywać dla wyczerpującej biografii wielkiego człowieka na miarę tysiąclecia.
I ja, jako były proboszcz parafii Kamionka w lubartowskim dekanacie, powinienem pozbierać wiadomości o spotkaniu z nim z tych czasów. Oczywiście, gdyby człowiek w duchu proroczym przewidział, kim będzie ten kapłan w przyszłości, pewnie skrupulatniej notowałby jego słowa i czyny. Bywa, że przechodzimy mimo obok wielkości nie dostrzegając jej.
Kamionkę jako proboszcz objąłem w pierwszych dniach kwietnia 1940 roku po 126 dniach pobytu w hitlerowskim więzieniu na Zamku lubelskim.
Moim towarzyszem pobytu i zwolnienia był ks. Andrzej Chlastawa, przed wojną prefekt gimnazjum i liceum im. hetmana Zamoyskiegp. Zwolnieni zostaliśmy z więzienia 15 marca — w piątek. Przez dwa tygodnie odpoczywałem u Sióstr Wizytek — na ul. Pierackiego. Byłem bezdomny, bo moje mieszkanie w szkole było okupowane. Poczułem się wypoczęty i odżywiony i wyraziłem gotowość pracy w duszpasterstwie, bo o szkole — ani marzyć.

Ksiądz Zygmunt Surdacki, wikariusz generalny biskupa Fulmana, który był na wygnaniu w Nowym Sączu, zaproponował mi Kamionkę, skąd proboszcza, księdza Piotra Gintowta, i wikarego, księdza Antoniego Hunicza, Niemcy rozstrzelali 6 stycznia 1940 roku. Obejmowanie pracy w takiej sytuacji budziło pewne myśli, niekoniecznie optymistyczne, ale poczucie, że szaniec zawsze przez załogę musi być broniony, zwyciężyło.

Do parafii należała Kozłówka, siedziba ordynata hrabiego Aleksandra Zamoyskiego. Była tam piękna kaplica wzorowana na wersalskiej.
Wiedzieliśmy, że Msze św. w niedziele i święta odprawia kapucyn z Lubartowa — i paląc nie korzysta z pomocy duszpasterskiej parafii. Zresztą to było niemożliwe — administrował parafią ksiądz Zygmunt Teresiński, wikary z Michowa.
Może w maju (chyba lak) przyjechał do nas ksiądz z Kozłówki. Wysiedlony czy uciekinier z dalekiego Włocławka, znajomy księdza Andrzeja Chlastawy, bo przebywali obaj pod jednym dachem w Górze Zbylitowskiej u Sióstr SacreCoeur. Ksiądz Andrzej miał urlop zdrowotny, a ksiądz Wyszyński kończył prace doktorską.
Przywitali się serdecznie, jako dobrzy znajomi, klórzy dawno się nie widzieli i teraz spotykają się w sytuacji wyjątkowej. Oto pierwsze spotkanie. Obaj weszli do mego mieszkania uśmiechnięci. Ksiądz Wyszyński wysoki, szczupły, około czterdziestki mający — o miłym i dobrotliwym spojrzeniu.
— Prowadzę ci gościa — powiedział ksiądz Chlastawa. — Ksiądz
Profesor jest kapelanem u hrabiostwa w Kozłówce. A że studiował
w Lublinie, wiec powinieneś go znać. Znacie się?
— Chyba nie...
— Na pewno nie. Może na ulicy przypadkiem mijaliśmy się, jako
przechodnie, ale tak żeby z sobą rozmawiać, uścisnąć dłoń — to nie.
— Ksiądz Wyszyński, redaktor „Ateneum", profesor -— wyjaśnił
ksiądz Andrzej.
— „Ateneum" prenumerowałem — odrzekłem — ale przyznam się,
że nie czytałem.
— I tak bez krepacji przyznajesz się?
— Co robić.
— Ale Ksiądz Dyrektor miał zamiar kiedyś czytać. Jeżeli prenumerował
— to wniosek oczywisty.
— A wie ks. Profesor — tak. Gromadziłem różne czasopisma, żeby
na stare lata mieć leklurę. Aktualnie czytałem pedagogiczne i dydaktyczne
czasopisma. Jako dyrektor musiałem się dokształcać. I przegrałem.
Niemcy moje książki wyrzucili i spalili w myśl budowania nowego ładu
hitlerowskiego.
Tymczasem panna Gintowtówna przygotowała kawę. I zaczęła się rozmowa na tematy bieżące. Postawiłem pytanie:
— Co dalej, Ks. Profesorze?
— Przewiduje konflikt Berlina i Moskwy. Trzeba cierpliwie i z wiara
czekać na sprawiedliwość Boża. My we wrześniu spełniliśmy swoją rolę
historyczną, może duma narodowa otrzymała policzek, ale i to w ostatecznym rozrachunku będzie się liczyło. Ostatecznie Niemcy
doczekają się zagłady.
Odtąd wpadałem często do Kozłówki do Ks. Kapelana. Podziwiałem jego czytanie miedzy wierszami pism niemieckich, również jego głęboka wiarę w ostateczne rozwiązanie. Tymczasem pracował duszpastersko w tym zamkniętym świecie. Siostry z Lasek przywiozły pewną ilość swoich podopiecznych, z którymi modlił się, mówił do nich pogadanki religijne, gromadził młodzież rezydencką, dla starszych wykładał naukę społeczna Kościoła. Nie lylko w niedziele mówił nauki, ale i na nabożeństwach majowych, czerwcowych i różańcowych. W maju 1941 r. był u mnie przyjaciel, aktor z Warszawy, Saturnin Butkiewicz. Ten był urzeczony jego naukami majowymi. Raz spotkali się u mnie. Butkiewicz nie wytrzymał, i entuzjastycznie zawołał:
— Co to za myśli! Jakie głębokie! A ile tam patriotyzmu!
Ks. Kapelan uśmiechnął się pobłażliwie i powiedział krótko:
— Czyżby?
Do panny Gintowtówny, sioslry rozstrzelanego ks. proboszcza, przychodziły z pałacu panny: Lipska i Czacka. Rozmawiałem z nimi nieraz na temat przyszłej Polski. O ile starsi rezydenci, ci z wysokiej klasy, myśleli tylko o powrocie do swoich pałaców i majątków -— te panny miały zainteresowania szersze.
— Zdaje się — powiedziała jedna w czasie takiej rozmówki — że po
wojnie nie będzie ani klanów, ani przywilejów.
— Przyszłe państwo — mówi druga — oprze się na reformie
społecznej, na chrześcijaństwie.
Popatrzyłem uważniej na nie. Nie zdarzyło mi się dotąd słyszeć czegoś podobnego. Od razu przyszło mi do głowy, że to wpływ wykładów Kapelana.
— Mają panie rację. Dopiero dzisiaj dokładniej możemy się zorientować
w zaniedbaniach przed wojna. Ja widzę wiele, jeżdżę do chorych — do
chałup nędznych. A w tej nędzy ludzie — pożal się Boże — wynędzniali
i zaniedbani.
— Dużo trzeba by zmienić kosztem warstw posiadających — mówi
pierwsza.
— Ale i przed wojną debatowano nad tym w Radzie Społecznej przy Prymasie Polski. Wasz Kapelan należał do tej Rady.
I tak na wielu odcinkach skutki pracy duszpasterskiej uwidaczniały się. Panny odwiedzały służbę folwarczną, robiły zastrzyki chorym, pomagały materialnie, niedołężnych myły — dostrzegając w tych ludziach bliźnich i obywateli. Z naszym kościołem Ksiądz Kapelan utrzymywał kontakt w czasie odpustów. Kamionka miała odpust 13 czerwca na św. Antoniego i 29 czerwca w dniu świętych apostołów Piotra i Pawła. Pomagał w spowiedzi. W roku 1941 na św. Antoniego powiedział kazanie. Ale na obiedzie odpustowym nie chciał być. Wydaje mi się, że nie chciał krępować towarzystwa księżowskiego. My trzymaliśmy się tradycji. Zastaw się i postaw się. Jeszcze byli Żydzi, którzy byli dostawcami tego, czego się chciało. A po obiedzie, wśród gości byli tacy, którzy chcieli brydża. Ja jako gospodarz musiałem uszanować tę tradycję. Ale w tym sensie, żeby gościom nic nie brakowało.
Na wiosnę roku 1941 zaczęły się ruchy wojsk niemieckich. I na plebanii przez pewien czas miałem niemiłych lokatorów.

Był dzień 13 czerwca — odpust ku czci św. Antoniego, bardzo uroczyście w Kamionce obchodzony. Rynek i ulice były wypchane żołnierzami i pojazdami. Niemcy mówili, że idą na Irak. Czy byli tak naiwni, że wierzyli w to, czy też pełni dyscypliny, mówili, jak im kazano. Aby odpust odbył się bez zakłóceń, moi parafianie uradzili, że trzeba Niemców poprosić o zezwolenie. Znaleźli jakiegoś tłumacza i udali się do komendanta wojskowego, urzędującego w gminie. Tam wyjaśnili, że to święto parafialne. Niemiec machnął ręką i powiedział, niech sobie świętują, jeżeli mają taki zwyczaj. O tej delegacji rady parafialnej dowiedziałem się później. A więc tego dnia było ciasno w Kamionce, ludzie przed kościołem gapili się, dzwony na procesji dostojnie i jakby na złość Niemcom dzwoniły. Ale nad tym wszystkim unosiła się jakaś niepewność i dopiero uspokoiłem się, gdy goście rozjechali się. Ks. Kapelan po sumie szybko wyjechał, w pałacu kwaterował jakiś ważny generał. Niedługo po wybuchu wojny z Sowietami ksiądz Wyszyński opuścił Kozłówkę. A wyjechał dlatego, że — jak przypuszczam — nie czuł się dobrze w tej atmosferze pałacowej.

Raz spacerując z nim po parku w Kozłówce postawiłem pytanie: — Czy Ks. Profesora nie razi ten pałac? Oczywiście nam na myśli nie rezydencję, ale to całe środowisko. Bo ja to mam swój pogląd na arystokrację. Zamoyscy mają lepszą kartę wśród naszych arystokratów — od czasów swego protoplasty, legendarnego Floriana Szarego.
Uczyłem się wiersza, nie pamiętam w której klasie, o tym Florianie - rycerzu, który na placu boju upychał sobie rozprute wnętrzności do
brzucha. Stąd herb Jelita. Mają oni kanclerza i hetmana — tego
wielkiego. Mają też i innych. Nawet i ten za naszych czasów Maurycy,
kandydat swego czasu na prezydenta...
— Proszę Księdza Dyrektora — odpowiem, co o nich myślę.
Przeszłość w nich siedzi, nie powiem, żeby pokutowała, ale jest. Chcą
coś robić, niektórzy z nich zdają sobie sprawę z przełomu, z epokowej
historycznie rzeczywistości naszych czasów, szczególnie młode pokolenie,
— Owszem. Rozmawiałem wiele razy z panną Czacką i panną Lipską
na poważne tematy. Te panny myślą, a przynajmniej starają się myśleć.
— Tak. Widzą nawet w chłopach duszę.
— To Ksiądz Profesor uważa, że inni i dzisiaj nie wierzą, że chłop ma
duszę?
— Usiłują, ale nie zawsze widzą. Hrabina jest niewiastą dobrej woli,
ale nie wszystko jej wychodzi. Pałac ma i złe tradycje, ma takiego ducha,
co straszy. Ci Lubomirscy, Czaccy (starsi) i cała ta socjeta jeszcze nie
doszła do pojmowania chrześcijańskiego. Jest pałac, są meble, zabytkowe
fotele, obrazy. Pamiętają, na którym fotelu siedział Stanisław Żółkiewski
albo jakiś król. No i do tych mebli, obrazów — trzeba dołączyć Andrzeja
kamerdynera. Bo to człowiek — automat, związany ściśle ze swoim
garniturem lokaja. Temu automatowi nie wolno myśleć, ale musi tkwić — jako nieodłączny od stylowego mebla.
— A jak radzą sobie rezydenci „pomniejsi" w takich warunkach?
— Rezydenci? Generałowa żyje w myśli korpusem oficerskim.
Podhorski dzielnie wojował, dostał się pod Kockiem do niewoli, przysłał
nawet swój pamiętnik z, wojny. Jest tam i o Kocku. Tutaj panuje inna
płaszczyzna myśli i jeżeli się wróci do życia normalnego, to będzie takie
jak przed wojną. Potrzeba jej towarzystwa, brydża i plotek.
— A profesor Znamierowski?
— Liberał z kategorii tych, co usuwali krzyże z sal uniwesyteckich,
przygotowując w Polsce laicyzację masońską. Profesor mimo pięknego
przedmiotu, jaki wykładał w Poznaniu, jest odpowiedzialny za to, że
Polska września 1939 r. była rozsadzana przez defetyzm ducha. My tutaj
wiele dyskutujemy na różne tematy. Precyzujemy swoje stanowiska
możliwie kulturalnie, jednak jest i ale... Profesor nie chce uznawać błędów polskiego liberalizmu. Polskie hasła liberalne w pewnym stopniu, i to dużym, są odpowiedzialne za osłabienie życia religijnego wśród inteligencji. Uważano, że przedwojenne obudzenie się życia religijnego wśród młodzieży akademickiej było zdrowym instynktem narodu. Endecka opozycja chciała przejąć len ruch dla siebie i dać mu swoje przewodnictwo. Sanacja oscylowała wśród sprzecznych idei. Zresztą góra była zepsuta, amoralna. Chociaż rząd Kościołowi nie dokuczał, a niektórzy ministrowie byli nawet religijny, jednak ogólna atmosfera sprzyjała rozwojowi liberalizmu i indyferentyzmu, a stąd do wrogości i ateizmu w przyszłości niedaleko.
— A wiec co dalej? Na dzisiejsze, najbliższe czasy.
— Czekamy. Oszczędzamy siły.
— A tysiące, setki tysięcy ginie, chociaż nie walczymy. Bo te
oddziały, które są w Anglii i na Wschodzie — to mogą mieć tylko
symboliczne znaczenie. To tak jak po upadku Polski: gdzie walczono o wolność, tam byli Polacy.
— Ks. Dyrektorze. My walczymy. Opór może być czynny, a może
być bierny. Politykę zagraniczną prowadzić w obecnej sytuacji może
emigracja. Aleja patrzę krytycznie na rozbudowę podziemia. Naturalnie,
nie na ideę walki, ale na sposób, w jaki się to dzieje. Podziemie w obecnej
chwili nie powinno być masowe, bo wówczas trudno o sekret, powstaje
problem zemsty niemieckiej, masowych mordów. Tutaj wśród przeróżnych
rezydentów, a to, co Ks. Dyrektor widział przy stole, to cześć tylko, ale
po różnych punktach ordynacji, gajówkach, leśniczówkach — aż huczy:
piją, łajdaczą się i gardłują. Na cichą polską wieś wnoszą rozpustę.
Polityka, której towarzyszy alkohol — ducha narodowego nie podniesie.
Stąd wsypy, aresztowania i ofiary.
Zamyśliliśmy się obaj.
— Ja opuszczę Kozłówkę — mówił dalej Ksiądz Profesor — nie czuję się tutaj dobrze. Jeszcze parę tygodni posiedzę. Stąd pojadę do Zakopanego. Moje płuca wymagają wzmocnienia, delikatnie mówiąc. W planie mam spotkanie z ks. Korniłowiczem.
— Wiem, że odwiedzaj Ks. Profesora, nawet byliście u mnie z wizytą,
ale byłem, niestety, poza Kamionką. A chciałbym pogadać z ks.
Korniłowiczem. Interesują mnie ostatnie godziny ministra Czerwińskiego i Marszałka. Minister Czerwiński był moim dyrektorem przez dwa lata.
Interesuje mnie, czy mieli świadomość, że dokonuje się nad nimi akt religijny, kiedy ks. Korniłowicz udzielał im „in articulo mortis" ostatniej posługi. Sanacja uważała ks. prałata Korniłowicza za kapelana swoich dygnitarzy, szczególniej, gdy ci jedną nogą byli już na tamtym świecie.
— Gdzie później zatrzymam się, nie wiem. Najchętniej chciałbym się
zatrzymać w Laskach, ale musze czuwać, żeby mnie gestapo nie
odnalazło: jestem poszukiwany.
Żegnaliśmy się serdecznie, gdy miał wyjechać, a zrobił to niedługo po wybuchu wojny z Sowietami. Chyba w rok później odwiedził Kozłówkę, był i u mnie w Kamionce.

Naturalnie, że 12 maja 1946 r. byłem w Częstochowie na konsekracji, przedtem wysłałem depeszę gratulacyjną. Z tytułu mojego stanowiska dyrektora, rektora kościoła powizytkowskiego i proboszcza parafii św. Mikołaja w Lublinie musiałem z biskupem Wyszyńskim często się spotykać.
Nasze rozmowy w Kozłówce Ksiądz Biskup pamiętał. 29 stycznia 1949 r. w domu biskupim odbyła się pożegnalna wieczerza, na której było około 30 uczestników. Ks. Prymas na pożegnanie powiedział każdemu kilka ciepłych zdań, specjalnie ks. Stopniakowi, wikariuszowi generalnemu, ks. prof. Kałwie, swemu profesorowi, ks. rektorowi Wilczyńskiemu, ks. Trochonowiczowi, dyrektorowi „Caritasu", nie zapomniał i o mnie. Mam zapisane te ciepłe i serdeczne słowa:
— Z ks. dyrektorem Michałem tośmy zagadnienia wielkiej polityki
rozstrzygali. Nowy ład tworzyliśmy. Nowe koncepcje! O! To były czasy,
kiedy Hitler szedł coraz dalej, ale my rozbijaliśmy go — no i ostatecznie
rozbiliśmy, chociaż nie tak prędko. Ale Ks. Dyrektor to wiemy sługa
swego patrona. Walczy o dobro, jak św. Michał. Broni nieugięcie tej
pozycji. Życzę mu, aby nie ustawał, ale doczekał się zwycięstwa.
Jesteśmy tego samego zdania, że szkoły polskiej i katolickiej trzeba bronić... aż do zwycięstwa!